
17 grudnia 2025 roku, podczas Konferencji organizowanej przez Stowarzyszenie “ZOSTAŃ w POLSCE” poruszano różne tematy dotyczące agroturystyki.
Organizatorzy starali się zainspirować uczestników swoimi pomysłami na rozwój tej dziedziny wiejskiej gospodarki. W temacie “Wczasów pod gruszą”, pojawiła się nowa idea, mogąca uatrakcyjnić odpoczynek w wiejskich klimatach, a są to samozbiory.
Swoimi pomysłami dotyczącymi wspomnianej idei, z uczestnikami konferencji podzielił się Marcin Bańcerowski, właściciel manufaktury win owocowych DiWine.
W polskim rolnictwie od lat panuje osobliwa schizofrenia. Z jednej strony rolnik słyszy, że produkuje za drogo. Z drugiej – konsument, że musi płacić drogo, bo „rynek”. Pomiędzy nimi stoją pośrednicy, sieci handlowe, hurtownie, logistyka, marketing i cała armia ludzi, którzy ziemi na oczy nie widzieli, ale na każdym kilogramie truskawki potrafią zarobić więcej niż ten, kto ją posadził. I wtedy pojawia się ona – idea samozbiorów. Prosta jak motyka, a rewolucyjna jak zdrowy rozsądek.
Samozbiory nie są żadnym wymysłem miejskich hipsterów ani powrotem do średniowiecza. To raczej pytanie zadane na głos: a co by było, gdybyśmy skrócili ten absurdalnie długi łańcuch między polem a talerzem? Gdyby klient mógł przyjechać na pole, zerwać, zapłacić i wrócić do domu bez całej tej handlowej liturgii? Okazuje się, że byłoby… normalnie.
Dla rolnika samozbiory to oddech. Prawdziwy, a nie ten z urzędowych programów wsparcia. Nie trzeba szukać rąk do pracy, których nie ma. Nie trzeba płacić stawek, na które nie stać, ani patrzeć, jak plon zostaje na polu, bo cena skupu obraża inteligencję. Rolnik sprzedaje taniej niż w sklepie, a i tak zarabia więcej, bo sprzedaje bez pośredników. Paradoks? Nie – rachunek ekonomiczny.
Dla konsumenta to z kolei lekcja pokory i radości jednocześnie. Nagle okazuje się, że truskawka nie rośnie w plastikowej łubiance, a marchew bywa krzywa. I że to nie wada, tylko natura. Samozbiory uczą, ile pracy kosztuje jedzenie. Dzieci zbierające owoce uczą się więcej niż z tysiąca reklam o „naturalności”. A dorośli? Dorośli przypominają sobie, że jedzenie może mieć zapach, smak i historię.
Ale samozbiory to coś więcej niż sympatyczna ciekawostka sezonowa. To potencjalny element nowego modelu rolnictwa – lokalnego, odpornego i mniej zależnego od kaprysów globalnych rynków. W czasach kryzysów, wojen handlowych i zerwanych łańcuchów dostaw brzmi to jak herezja? A może właśnie jak plan minimum na przetrwanie.
Oczywiście, zaraz podniosą się głosy: sanepid, podatki, odpowiedzialność, ubezpieczenia, regulaminy. Tak, to wszystko istnieje. Ale pytanie brzmi: czy państwo jest po to, by każdą prostą ideę zadusić formularzem, czy po to, by ją mądrze uporządkować? Bo jeśli potrafimy regulować handel kryptowalutami, to chyba damy radę uregulować sprzedaż truskawki zerwanej własną ręką.
Samozbiory nie uratują całego polskiego rolnictwa. Nie zastąpią eksportu, nie rozwiążą problemów wielkotowarowych gospodarstw, nie sprawią, że nagle wszyscy wrócą na wieś. Ale mogą uratować coś innego – sens. Sens pracy rolnika i sens wyboru konsumenta. Mogą odbudować relację, która została zerwana przez lata pogoni za „optymalizacją”.
Może więc zamiast kolejnych debat o dopłatach, warto po prostu pojechać na pole. Ubrudzić ręce ziemią. Zerwać jabłko. Zapłacić temu, kto je wyhodował. I zrozumieć, że czasem najnowocześniejszym rozwiązaniem jest to, które było przed nami od zawsze.
Bo w kraju, w którym wszystko musi być „opłacalne”, samozbiory przypominają, że najbardziej opłacalny bywa zdrowy rozsądek.
Gleb M.2026


